czwartek, 11 kwietnia 2013

Rowerem po Niemczech i Holandii - krótka przerwa

Niedawno mieliśmy możliwość pojeździć na rowerach w zachodnich Niemczech, odwiedzając przy okazji Arcen w Holandii. Wspaniałe doświadczenie, chociaż trasa wycieczki krótka - łącznie jakieś 30km. To, co zrobiło na mnie największe wrażenie to infrastruktura rowerowa. Nie widząc jej na własne oczy, nigdy bym nie uwierzył, że można połączyć wszystkie miasteczka i wsie jedną, zadbaną, szeroką i oddzieloną od jezdni (!) ścieżką rowerową.


 Skąd wzięliśmy się w Niemczech i kto dał nam rowery?

Sprawa jest bardzo prosta. Ponieważ i tak planowaliśmy wrócić na święta wielkanocne (w tym samym czasie odbywało się również wesele naszych znajomych, którzy specjalnie w tym celu przylecieli z Kanady, w której mieszkają), postanowiłem upiec dwie pieczenie na jednym ogniu i wreszcie wybrać się w odwiedziny do ojca. Pracuje on sezonowo w Niemczech, przy holenderskiej granicy, przy uprawie kwiatów, już od kilkunastu lat. Nigdy wcześniej nie miałem możliwości wybrania się do niego, a okazało się, że z Tallina jest bardzo dogodne połączenie lotnicze do bocznego lotniska Dusseldorfu. Tak więc zdecydowaliśmy się na dwugodzinny lot zamiast kolejnej, dobowej podróży autobusem.

Ponieważ mój ojciec etap bycia żywą maszyną ma już za sobą i pełni rolę bardziej zbliżoną do brygadiera, cieszy się na 'szklarniach' pewnymi przywilejami. Jednym z nich jest dobra znajomośc z szefem, który ma dyspozycji sporą liczbę rowerów. Nie było więc problemu z pożyczeniem dwóch z nich i wybraniem się na wycieczkę po okolicy. A ta jest piękna, zobaczcie zresztą na zdjęcia (przy okazji zacznę nadrabiać te wszystkie niespełnione obietnice wrzucania większej ilości zdjęć).

Pałacyk nad rzeczką w Arcen

Lullingen

Żonkile, popisowe zdjęcie Skarba :)

Pierwszy widok po wyjściu z lotniska w Dusseldofr-Wieze


Przejazd przez drogę szybkiego ruchu dla rowerów i pieszych, granica niemiecko-holenderska

A to już w Arcen, zabytkowa armata

Nad rzeką Maas w Arcen, rollin on my bike

To samo co wyżej, ale nieco inne ujęcie. Mieszkańcy wyższych pięter tego domu muszą mieć super widok :)

Kevelaer, niemiecka mini-Częstochowa


Wnętrze bazyliki w Kevelaer





Kaplica świec w Kevelaer, piękne miejsce. Każda z tych świec jest prawdziwa, niektóre z nich pochodzą jeszcze z XIX wieku!

Tabliczki pamiątkowe pozostawione przez pielgrzymów. Najstarsza, jaką znalazłem była z połowy XVII wieku...




Wszystko kiedyś się kończy: początek 10-godzinnej drogi do domu.

Była to naprawdę miła odmiana po Estonii, zwłaszcza że od kiedy moja rodzina wyjechała z Niemiec dwa lata po moich urodzinach, nie miałem okazji do odwiedzin tego kraju. W Holandii nie byłem nigdy, a przekroczenie granicy między dwoma krajami na rowerze zawsze było dla mnie abstrakcją :)

Na rowerze po Holandii i Niemczech: na co zwróciłem uwagę

Przede wszystkim na poziom rozwinięcia infrastruktury, o czym wspomniałem zresztą w leadzie. Mimo, że przez trzy dni naszą bazą była w zasadzie niewielka wioska, ścieżki rowerowe prowadziły dosłownie wszędzie. Oddzielone pasem zieleni i drzewami od jezdni, stanowiły doskonały sposób poruszania się między miejscowościami. Także i dla kierowców było to sporym odciążeniem (sam prowadząc auto nierzadko boję się wyprzedzać rowerzystów). Kiedy znajomy z Monachium opowiadał mi o tym aspekcie Niemiec, przyznam się, że ciężko było mi w to uwierzyć. Zobaczyłem jednak, i pokochałem to rozwiązanie.

Druga rzecz, to kradzieże. A w zasadzie ich niemal całkowity brak (jaka przyjemna odmiana po Wielkiej Brytanii). Żaden z gospodarzy nie chroni swoich szklarni w jakikolwiek sposób (no, może poza zamkniętym w okratownym wybiegu psem). Wszędzie można wejść, narzędzia, sprzęt, komputery są właściwie na wyciągnięcie ręki. Między gospodarstwami nie ma płotów. A mimo wszystko nic nie ginie. Ojciec opowiedział mi tylko jedną historię - o tym, jak jakiś czas temu jednemu z bauerów podprowadzono kilkaset metrów miedzianego kabla. Wszyscy niestety obwinili Polaków (pracują praktycznie u każdego gospodarza), ale Polizei wyprowadziła ich z błędu. Winowajcami była szajka holenderskich złodziei.

Podobnie było podczas naszych wycieczek rowerowych. Wszędzie niepoprzypinane rowery, nikt nie rusza cudzej własności. Właśnie tak, jak powinno być. Ciekawe, czy doczekamy się tego kiedykolwiek w naszym kraju?



1 komentarz:

  1. Przepiekne zdjęcia ciekawe cudowne widoki troche zazdroszczę,lubie wojaże rowerem,pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń